Dwa lata temu wybrałam się na pierwszą edycję Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich (DFBG). No tak, bo przecież u nas na wsi to jeno jedna górecko z przewyższeniem 19 m. Ponieważ mało mi górek, to sobie wybrałam Bieg 7 Szczytów (B7S) -240km. Oczywiście, że wtedy nie byłam źle przygotowana –ja byłam w ogóle nieprzygotowana. To był fatalny pomysł, zupełna katastrofa. Do tego trasa źle oznaczona, błądzenie, kłopoty żołądkowo-jelitowe,….itd. Skończyłam w Pasterce.

Tym razem miało być inaczej, zupełnie inaczej. Przygotowania do Baikal Ice Marathon-u, podczas których uczciwie przeharowałam całą zimę, były mocnym fundamentem do dalszej pracy. W tym roku zero kontuzji, sporo wybiegań, aż trzy razy byłam w górach J Było dobrze. Kwestia żywienia i picia była przetestowana i przemyślana perfekcyjne –wszystko miało zagrać. No i….

Po krótce: wszystko przebiegało zgodnie z planem. Start z Lądka Zdroju dn.16.07.2015 g.18. Stoimy wszyscy na starcie  - zawodnicy z B7S i Super Traila (ST). Znamy się wszyscy mniej lub więcej. Żartów i opowiastek nie ma końca. Czekamy na sygnał. Puf –wystrzelił, ruszamy. Ciepły wieczór, potem równie ciepła gwieździsta noc, a od rana w piątek piękna pogoda. Niebo jak u Arabów. Pamiętam żeby pić, dużo pić.

fot A. Skolimowski

Na każdym punkcie (aż do A8) widzę Grzegorza B i Jarka O. –nigdy, na żadnej imprezie ultra nie mogłam ich dogonić. Sama siebie zaskoczyłam tym faktem, że ich widuję na punktach, a więc kolejne śmigam pełna optymizmu. Jest mi dobrze i czuję się świetnie. Z kolei mój mąż Adam został gdzieś z tyłu. Jestem pewna, że mnie dogoni więc ruszam dalej.

Po drodze do punktu A2 doganiam moich kompanów -Maćków. Poznałam ich na 130km (druga nocka) na ŁUT2014. Przygarnęli mnie i wtedy rozwiały się złe myśli o niedźwiedziach czyhających na mnie w krzakach. Powspominaliśmy trochę dawne dzieje. Szliśmy, podbiegaliśmy i gadaliśmy –było bardzo wesoło. Kolejne punkty są zaliczane. Nad ranem nasza grupka się rozrywa i każdy tuptał w samotności swoim tempem.

Piątkowy poranek zaczyna się cieplutko, a to dopiero 5 rano. Korzystając z faktu, że jeszcze nie ma upału staram się biec. Niestety czas ucieka nieubłagalnie, a temperatura rośnie i rośnie. Wchodzę do naszych sąsiadów Czechów. Unoszący się żar z asfaltu widać jak na dłoni i wydaje się, że można go kroić nożem. Cisza, pustka, a z lokalnego sklepiku wychodzą pojedyncze osoby z naszej „bajki” z zimniutkimi napojami w puszkach. Chłopaki namawiają mnie, żebym też skorzystała, ale dla mnie postój może okazać się złym pomysłem. Przejść na drugą stronę ulicy, odkleić i zdjąć plecak, wydłubać kasę, pochować to wszystko o nie, nie, nie… Ja chcę do lasu, do cienia. Wreszcie skręt w lewo, jest upragniony las. A teraz to już sama nie wiem czego chcę. Może jednak powrotu na asfalt, bo w lesie powietrze stoi, nie ma czym oddychać, można powiesić siekierkę. Jest i asfalt. I tak od punktu do punktu. Jak jestem na asfalcie, marzę o lesie. Jak jestem w lesie, to chcę na asfalt –naprawdę kobiecie trudno dogodzić J.

Najbardziej utkwiło mi w pamięci przejście z A7 (112km Jamrozowa Polana) na A8 (130km Kudowa Zdrój). Upalny dzień daje się we znaki wszystkim. Wilgotność powietrza prawie 100% (takie info mam od lekarza imprezy DFBG). Tempo spada. Jak się potem okazuje - prawie wszystkim. Powtarzam sobie, że zostały tylko jakieś 3-4 godziny tego skwaru i będzie wieczór, a potem noc a wraz z nią chłodek. Ruszam. Tuż przede mną Jarek, ale tym razem znika mi szybko z horyzontu.  Droga prowadzi przez rozpaloną łąkę, potem rozgrzany las, następnie kieruje przez środek miasteczka Duszniki. Znowu unoszący się żar nad asfaltem i kostką. Przejście przez park i deptak-ryneczek prawie mnie smaży. Ale jest miło. Na początku miasteczka, tuż przed wejściem do parku pan o lekko chwiejącym się kroku, z siatką butelek po piwie rzecze w spowolnionym tempie : „..OOOOoooooOOOOooooo paniusiuuuuuu, spóźniła się paniusia, wszyscy już dawno pobiegli tędy oooo…” -wskazując ręką w kierunku parku, potem lekko obok parku. Po drugiej stronie Dusznik jeszcze jeden pan o chwiejnym kroku, tym razem z butelką wina w dłoni mówi dokładnie to samo hihihi i dodaje : „…ale proszę się nie poddawać i gonić bandę!”. Potem wchodzimy w las, dalej - przez łąki. Doganiam Jarka, a nawet go mijam. I jest. Ostatnie podejście przed Kudową. Jest krótkie, ale dosyć strome. Czuję się bardzo dobrze – przynajmniej tak mi się wydaje. Mija mniej więcej połowa podejścia. Jarek wyprzedza mnie, a ja zawieszam wzrok na jego piętach i wlokę się za nim. Nie dopuszczam myśli, że słabnę i tracę niemalże przytomność. I wtedy to właśnie Jarek Oleksy (nr 1078) zauważa, że coś jest nie tak ze mną. Cofa się, łapie mnie mocno pod rękę i KAŻĘ usiąść. Co się stało? Zasłabłam, fioletowe usta, niedotlenienie…łapię powietrze jak ryba wyciągnięta z wody. Jarek mnie uratował przed stoczeniem się z tej maleńkiej, ale stromej górki. Gdyby nie on twarz obdarłabym sobie tak, że własny, osobisty mąż i dzieci nie poznałby mnie. Boje się, że i pies nie wpuścił by mnie do domu.

Jarek podaje mi moje leki i razem ruszamy do punktu A8 Kudowy Zdrój – WIELKIE DZIĘKUJĘ Jarku!!! Przebycie tego odcinka zajmuje mi 4h8min. Wiem, że nie jest dobrze i mam świadomość, iż nie mogę ryzykować swojego zdrowia kontynuując dalszą zabawę. Mam parę ważniejszych spraw w życiu niż zabawa w ultra. Rezygnuję. W Kudowie odpoczywam. Kopię w tyłek na „szczęście” przesympatyczną Małgosię poznaną na trasie, życząc jej powodzenia. Do punktu dociera i mój osobisty małżonek, który namawia mnie na dalszą wędrówkę już pod jego opieką. I jak to kobieta: zmieniam zdanie. Idę dalej.

No, ale nie mam kijów (a przydałyby się teraz). Upatrzyłam sobie na punkcie w Kudowie jednego chłopaka. Widzę, że jest szczęśliwy –ukończył właśnie Super Traila, kije nie są mu już potrzebne. Podchodzę i pytam czy może mi wypożyczyć swoje patyki. Mina bezcenna – po kilku sekundach zastanowienia zgadza się yuhuuu. Może jednak się uda. Marku –dziękuję za zaufanie i te Twoje super kijaszki. Ruszam.

Jednak po drodze znowu te fioletowe usta i słabość. Dostaję jakichś dziwnych skurczy w obu dłoniach. Palce wykręca mi tak, że nie jestem w stanie utrzymać kijów. Po prostu moje dłonie się mnie nie słuchają. One nie są moje! Adaś masuje je na przemian raz jedną raz drugą, ale palce wykrzywiają się nadal. Nie jestem w stanie nad nimi zapanować – totalny bezwład. Odpuszczam i siadam przy leśnej ścieżce. Pozostaje mi tylko cieszyć się, że mogę kibicować zawodnikom z KBL.  To mi daje wiele radości. Po przebiegnięciu zawodników KBL, już emeryckim spacerkiem dochodzimy wyznaczoną trasą do Pasterki (punkt A9-145km)

Na miejscu dowiadujemy się, że na polance ok. 2,5 km przed punktem Doris zwiozła karetka pogotowia. Dorota zasłabła. Z tego miejsca zwieziono jeszcze dwóch chłopaków – też zasłabnięcia. W Pasterce kilku chłopaków czuje się nie najlepiej i też rezygnują z dalszej przygody. Kurczę, wystraszyłam się na dobre – potwierdzam w głowie swoją rezygnację. I to była dobra decyzja.  Zaplanowałam wszystko, tak mi się wydawało. Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego – temperatury w połączeniu z wilgotnością powietrza, jaka miała miejsce dnia 17 lipca 2015.

fot A.Skolimowski

I tak mogłabym jeszcze gadać i gadać. Jak to jest miło chociaż postać na starcie z Agatą Matejczuk, czy  biec na trasie B7S choć przez chwilkę z Doris, albo jak nawet nie zdążyłam zagadać na zbiegu ze Śnieżnika postaci w błękitnych spodenkach, która śmignęła jak strzała (to była Iga 2 m-ce B7S)

Przed tymi, którzy zwyciężyli i tymi, którzy ukończyli uczciwie B7S rozwijam czerwony dywan i biję pokłony –pełen szacun!!! Jestem malutka jak stopa mrówki, cienka jak skórka na kaszance J. Ja po raz drugi zostałam „pasterką”. Taką prawdziwą z krwi i kości. Jeszcze nigdy nie byłam tak pewna swojej decyzji o zejściu z trasy jak po tej imprezie. I choć po raz drugi tutaj, pozostał nieukończony pełen dystans to satysfakcja ogromna. A w schronisku  na Pasterce chyba jakiś abonament wykupię J.

Mój drugi udział w DFBG – bardzo się różnił od tego z 2013r. Kto chce się świetnie bawić, zmęczyć się do nieprzytomności, zobaczyć perfekcyjnie oznakowane trasy biegów, poznać fantastycznych ludzi, zobaczyć najlepszą obsługę wolontariuszy, gotowych pomagać z uśmiechem na twarzy zawodnikom, kibiców coraz śmielszych w kibicowaniu, chcesz naładować się endorfinami… -to musi przyjechać do Lądka na czwartą edycję DFBG 2016. Dziękuję organizatorom za wspaniałą imprezę, za żarcie na trasie B7S! Kucharze i kelnerzy spisali się na gwiazdkę Michelina. Opieka medyczna i GOPRowców –niezastąpiona.

 

Pozdrawiam
Kaśka –„pasterka”

Wyniki oraz trasę biegu 7 szczytów znajdziecie na stronie DFBG;

http://dfbg.pl/

http://dfbg.pl/wyniki/

http://dfbg.pl/mapy/dfbg2015.html

    W miniony weekend odbyła się III edycja Biegów Górskich w Szczawnicy. W czasie zawodów uczestnicy rywalizowali na jednej z wybranych tras: Hardy Rolling – 6 km, Chyża Durbaszka – 20,2 km, Wielka Prehyba – 43,3 km oraz Niepokorny Mnich – 96,5 km. W sumie na starcie stanęło ponad tysiąc biegaczy i biegaczek, a wśród nich i miłośnicy biegania górskiego z amatorskiego stowarzyszenia sportowego Yulo Run Team Siedlce.


    W sobotę o godzinie 3.00 swój bieg rozpoczęli ultra maratończycy, którzy chcieli poskromić Niepokornego Mnicha (96,5km) z przewyższeniami 4100m. Trasa wiodła mniej uczęszczanymi szlakami pogranicza polsko-słowackiego w okolicach Szczawnicy (Dzwonkówka, schronisko na Przechybie,  Rytro,  Niemcowa, przez Eliaszówkę do Przełęczy Gromadzkiej, później w stronę Małych Pienin, przed Wysoką na Słowację do miejscowości Vysne Ruzbachy, z Vysnych trasa prowadziła na Veterny Vrch i do miejscowości Velky Lipnik, a dalej  do Czerwonego Klasztoru i wzdłuż Dunajca do mety w  Szczawnicy).     Trudność trasy wynikała oczywiście z jej dystansu i przewyższeń, ale też warunków na niej panujących, ponieważ nie brakowało śniegu, błota i gliny. Z pośród 243 śmiałków, którzy podjęli jednak wyzwanie, najszybciej bieg ukończył jeden z najlepszych w Polsce i na świecie „ultrasów” Piotr Hercog (Salomon Suunto Team) z czasem 10:16:23. Bardzo dobrze zaprezentował się w tym biegu Marcin Olek z Yulo Run Team Siedlce zajmując 6. miejsce open (12:02:53). Ostatecznie zawody ukończyło tylko 148 osób.

    Większość siedleckich biegaczy wystartowała maratonie górskim Wielka Prehyba.
Wzbudzał on w tym roku dodatkowe emocje, ponieważ miał rangę Mistrzostw Polski w Długodystansowym Biegu Górskim. Dystans 43,3 km z przewyższeniami 1925m jako pierwszy pokonał broniący mistrzowskiego tytułu Marcin Świerc (Salomon Suunto Team) w czasie 3:30:08. Siedleccy biegacze zajęli zaś następujące miejsca open: 111. Jóźwiak Krzysztof  (5:38:26), 192. Jóźwiak Barbara (6:05:23) – zajmując jednocześnie 18 miejsce wśród kobiet w MP, 227. Korzeniowski Michał (6:21:27) i 404. debiutująca w górskim bieganiu Agata Marciniuk (8:55:21). Należy odnotować, iż wśród pań triumfowała Anna Celińska – wielokrotna medalistka MP w biegach górskich i w Skyrunning, brązowa medalistka MŚ w długodystansowym biegu górskim w 2013 roku.



    Zawodnicy, a raczej zawodniczka Yulo Run Team Siedlce była również na trasie wymagającej Hyżej Durbaszki (20,2km). Sylwia Korzeniowska, bo o niej mowa, bieg przez Rezerwat przyrody Biała Woda, Durbaszkę i Szafranówkę ukończyła na miejscu 149 open z czasem 3:07:13.

    Wszystkie Biegi w Szczawnicy 2015 ukończyło łącznie 830 osób.

    Na koniec warto wspomnieć, iż Biegi Górskie w Szczawnicy współpracują i wspierają także finansowo fundację Rak'n'Roll - Wygraj Życie, której celem jest propagowanie aktywności fizycznej, podróżowania i pokonywania własnych ograniczeń, jako motywacji do walki z rakiem, czy też powrotu do normalnego życia po chorobie nowotworowej. W biegu Hardy Rolling bierze udział Hardy Team, składający się z osób, które pokonały już raka, a które teraz mierzą się z kolejnym wyzwaniem. Nie chodzi o to, żeby wygrywać, chodzi o to, żeby uparcie dążyć do celu. Udowodnić sobie, że i ja potrafię, i ja mogę, i ja jestem w stanie.

Rekordowy maraton w Rzymie biegaczy siedleckiego Yulo Run Team

 

            Veni, vidi, vici (z języka łacińskiego - „przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem”) wg Plutarcha i Swetoniusza słowa, którymi Juliusz Cezar przekazał senatowi wiadomość o swoim błyskawicznym zwycięstwie nad Farnakesem II, władcą Pontu (47 p.n.e.), każdy  z dziewięcioosobowej ekipy siedleckiego stowarzyszenia sportowego Yulo Run Team mógł dumnie wypowiedzieć po ukończeniu 21. Maratona di Roma.

            Maraton w Rzymie jest zaliczany do elitarnego grona najwyżej ocenianych biegów na świecie i stanowi ważną pozycję międzynarodowych kalendarzy: IAAF (International Association of Athletics Federations), AIMS (Association of International Marathons and Road Races), FIDAL (Italian Athletics Federation) i IPC (International Paralympic Committee). Tegoroczna edycja Maratonu uzyskała również prestiżowy status IAAF ROAD RACE GOLD LABEL.

 

            W  Wiecznym Mieście w deszczowy niedzielny poranek 22 marca na starcie na ulicy Via dei Fori Imperiali pojawiło się ponad 15 tysięcy śmiałków, pragnących zmierzyć się z  królewskim dystansem. Znaczna część uczestników maratonu przyjechała również po to, aby  zobaczyć jak najwięcej pięknych zabytków, odbyć pielgrzymkę do grobów świętych Apostołów Piotra i Pawła czy św. Jana Pawła II.  Zapewne dlatego trasa biegu wiodła obok Koloseum i Forum Romanum, w kierunku Piazza Venezia, mijając Ołtarz Ojczyzny, Piazza San Marco i Piazza Aracoeli. Później okolice Circo Massimo  - najstarszego i największego cyrku starożytnego Rzymu, monumentalnego grobowca - Piramidy Cestiusza i okolicach Bazyliki św. Pawła za Murami. Dalej wzdłuż Tybru, mijając kolejne mosty, wyspę Tiberinę, synagogę i Teatro di Marcello, kierując się do Watykanu.  Tu najpierw zamek Castel S. Angelo, a później ulicą Via della Conciliazione na otwartą przestrzeń Placu Św. Piotra przed Bazyliką Św. Piotra. Zawodnicy biegli przez Piazza del Risorgimento, Piazza Mazzini, Piazza Monte Grappa i znów wzdłuż Tybru, przekraczając go mostem Ponte Aosta. Następnie minęli Ara Pacis, Musoleo di Augusto i kierowali się w stronę Piazza Navona, gdzie tłumy kibiców i turystów wspierały niesamowicie entuzjastycznie podjęty trud tylu sportowców. Dalej ulicą Via del Corso do Piazza del Popolo i Via del Babuino przez Piazza di Spagna, obok tzw. Schodów Hiszpańskich, przez Palazzo del Quirinale, by pobiec w końcu z radością w stronę mety usytuowanej w pobliżu startu.

 

 

            Na trasie 21. Maratona di Roma wiele do powiedzenia miała pogoda. Deszcz i wiatr były chwilami tak dokuczliwe, że nawet papież Franciszek podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański zwrócił się bezpośrednio do maratończyków gratulując im „odwagi zmierzenia się z nieprzyjemną aurą”. W konsekwencji na mecie pojawiło się 11.486 osób, a wśród nich wszyscy Siedlczanie!

            Mocna grupa zgromadzonej na starcie elity, złożona głównie z przedstawicieli krajów afrykańskich, narzuciła wysokie tempo od samego początku wyścigu, ale nawet oni bardziej walczyli z pogodą, niż z czasem. Bieg stał się taktyczny i jego rozstrzygnięcie miałomiejsce dopiero w końcówce. Ostatecznie zwyciężył Etiopczyk Abebe Negawo Degefa z czasem 2:12:23, zaś jako pierwsza wśród kobiet linię mety pokonała również Etiopka Meseret Kitata Tolwak (2:30:25).

            W grupie bardzo licznie reprezentowanych Polaków najwyżej sklasyfikowany został Andrzej Mazur, który z czasem 2:47:37 zajął 61 miejsce. Tuż za nim pojawił się pierwszy z Siedlczanin – Juliusz Ziółkowski, a później kolejni zawodnicy Yulo Run Team Siedlce - każdy z nich pobijając swój dotychczasowy rekord życiowy w biegu maratońskim!

 

            Na trudnej więc trasie i w niesprzyjającej aurze zawodnicy reprezentujący miasto Siedlce i stowarzyszenie sportowe Yulo Run Team osiągnęli w 21. Maratona di Roma bardzo dobrenastępujące wyniki:

 

Miejsce open

Imię i nazwisko

Czas brutto

Czas netto

99.

Juliusz ZIÓŁKOWSKI

2:51:05

(2:50:55)

146.

Marcin OLEK

2:55:33

(2:55:05)

648.

Mariusz GRUDA

3:13:40

(3:13:14)

1173.

Krzysztof JÓŹWIAK

3:23:52

(3:23:05)

1181.

Karol ROZCZYPAŁA

3:23:58

(3:22:48)

1892.

Zdzisław SAWICKI

3:31:37

(3:27:21)

3193.

Piotr TYMOSIEWICZ

3:45:06

(3:38:16)

4186.

Barbara JÓŹWIAK

3:53:37

(3:46:48)

10200.

Andrzej WOLSKI

5:03:40

(4:54:35)

 

 

 

            Na uwagę zasługuje też wyczyn 75-letniej Niemki Sigrid Eichner. Rzymski maraton był jej 1.887 biegiem, który ukończyła w życiu! Warto też wspomnieć, że rzymski taksówkarz Giorgio Calcaterra zajął w klasyfikacji generalnej wysokie, 9. miejsce – z czasem 2:34:26, a po przekroczeniu linii mety pobiegł tego dnia maraton jeszcze raz jako „Hołd dla tych, którzy nie biegną po zwycięstwo”…

xMO

 

Nie tylko do Rzymu poleciała reprezentacja zawodników Yulo Run Team Siedlce. Tomasz i Michał Korzeniowscy oraz Mateusz Woźniczka postanowili stawić się 12 kwietnia 2015 w Paryżu na najpiękniejszym maratonie Europy.

Maraton w Paryżu to największy maraton w Europie, na którego starcie w tym roku stanęło ponad 50 tyś zawodników. Organizacja tak wielkiej imprezy to nie lada wyzwanie dla organizatorów jak i samego miasta. Atmosfera podczas biegu i doping kibiców jest nie porównywalna z żadną stolicą innego kraju. Ale od początku

 

Do Paryża polecieliśmy już w piątek rano, tak wcześnie rano, że około 10 byliśmy już rozpakowani w wynajętym mieszkaniu i gotowi do zwiedzania. Postanowiliśmy udać się od razu po pakiety startowe do hali Expo Salon du Running.

 

Targi, na których można było kupić i zjeść praktycznie wszystko co związane z bieganiem przebija kilka razy nasze warszawskie stoiska. Kilka godzin trzeba spędzić na miejscu, aby zwiedzić każde z nich. Odbiór pakietu poszedł wyjątkowo sprawnie, sektory podzielone co 5000 numerów startowych zaowocowały brakiem kolejek i szybką obsługą. Wracając do centrum miasta postanowiliśmy zwiedzić wszystko, co ofertuje samo serce  Paryża zaczynając od Arc de Triomphe po podobno jedną z najdroższych ulic świata Avenue des Champs-Élysées. Miasto jest o tyle fajne, że wszystkie atrakcje mieszczą się praktycznie obok siebie, nie ma potrzeby korzystać z komunikacji miejskiej, która z resztą jest świetnie zorganizowana, tylko można śmiało ruszać z kopyta i oglądać atrakcje miasta jedna po drugiej. Po wielu godzinach spaceru nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa,  padła więc decyzja o powrocie do domu i solidnej kolacji. Szczęśliwie na miejscu mieliśmy w pełni wyposażoną kuchnie, z pomocą której spaghetti bolońskie praktycznie nie kończyło się grzać przez cały piątek jak i sobotę.

Sobota to poranne śniadanie i krótkie rozbieganie pod Wieżą Eiflla z drobnym zwiedzaniem Pól Marsowych podczas truchtu. Niestety pogoda nie dopisała, zmokliśmy, przewiało nas i ja wylądowałem z ogromnym bólem głowy i kaszlem w łóżku. Chłopaki wrócili do miasta, zrobili drobne zakupy i właśnie wtedy zaczęło się przygotowywanie do niedzielnego startu.

Ja startowałem o 8:47 z grupą zawodników planujących czas poniżej 3 godzin. Michał z Mateuszem startowali dopiero o 9:30. Organizator, aż tak rozsunął strefy startowe, które zajmowały całe Pola Elizejskie, tak, aby wszyscy na początku się nie musieli pomiędzy sobą przepychać na pierwszych kilometrach trasy.  Prognoza pogody w Internecie przedstawiała gorący dzień, co niestety potwierdziło się żarem z nieba około godziny 10:30 i trwało już do końca dnia.

Widoki na trasie były fantastyczne, pierwsze kilometry to sama przyjemność. Doping i ilość kibiców sprawiała wrażenie, jakby bieg rozgrywał się w małym kilkutysięcznym miasteczku. Cały czas ktoś stał i dopingował wszystkich zawodników na trasie prowadzącej przez Pola Elizejskie, następnie Plac Concorde, Plac Bastylii i w kierunku lasku Vincennes. Następnie Katedrę Notre Damme, Louvre, Grand Palais, Wieżę Eiffla, Lasek Boloński i w niesamowitym skrócie …………………meta ;-)

Tutaj niemal czerwony dywan, koszulka finiszera, medal i posiłki regeneracyjne. Z uwagi na fakt, że biegłem w koszulce z orzełkiem co chwilę podchodzili do mnie inni zawodnicy z Polski i pytali jak poszło. Po jakimś czasie zrobiła się nas spora grupka szczęśliwych Polaków wymieniających doznania z biegu.

Ja ukończyłem bieg z czasem 2:56:45 dający mi 750 miejsce w kategorii OPEN. Chłopaki biegli razem kończąc bieg już w 3:43:30.

Weekend w Paryżu niesamowicie naładował baterię i pozwolił oderwać się o codzienności życia. Takich wyjazdów trzeba nam więcej.

 

Tomasz Korzeniowski

UTMB, czyli Piechotą dookoła Mont Blanc.

Na przełomie 2013/2014 wszystko zapowiadało się całkiem dobrze: Ukończonych kilka biegów górskich, zebrane z zapasem punkty kwalifikacyjne, rejestracja na zawody i dreszcz emocji przy oczekiwaniu na wynik losowania. Aż wreszcie radosna wiadomość: zostaliśmy zakwalifikowani i JEDZIEMY na UTMB!!! Bierzemy się poważniej za trenowanie i… w Wigilię Kasia fatalnie skręca nogę w kostce. No tak! Bo kto normalny, zamiast po wigilijnej kolacji zasiąść przed TV, lata z innymi nawiedzonymi po lesie śpiewając kolędy? I to jeszcze w nocy? Dla Kasi 3 miesiące wyjęte z biegania w ogóle. Potem, gdy już zaczyna biegać – zapalenie płuc. Ja ciągle mając coś do zrobienia przy domu często zaniedbuję treningi. A gdy Kasia dochodzi do siebie i znajdujemy czas na trening w górach – oboje w odstępie pół godziny lądujemy w szpitalu. Ja ze skręconą nogą, Kasia z paskudnie rozciętym kolanem (18 szwów). Jej rzepka ujrzała światło dzienne, a Kasia ujrzała nagość rzepki swej.  Jednak nie rezygnujemy z wyjazdu – zresztą i tak nie ma jak się wycofać, a kto wie czy nadarzy się nowa szansa. Im bliżej do zawodów na myśl o starcie oczy robią się nam coraz większe i większe…

26 sierpnia. Pakujemy się. Zawodnicy, czyli Kasia, Tomek i ja oraz nasi reporterzy-ratownicy-kibice-pocieszacze-pomocnicy od spraw wszelakich czyli Piotr i Albert. Jedziemy. 2 000km z przystankiem przy granicy. Dowiadujemy się od ekipy Marzki, że w Chamonix było oberwanie chmury i zalało miasteczko. Jakoś nas to nie rozbawiło ;-). Do hotelu we Francji wpadamy 5 minut przed zamknięciem recepcji. Następnego dnia rejestracja. Nerwowo obserwujemy pogodę – teraz jest pięknie, ale wszystkie prognozy wskazują, że jutro od popołudnia ma padać i ten deszcz ma nam towarzyszyć przez cała trasę. W sumie to nawet się cieszę z tego – najbardziej przeszkadza mi upał.

 

Piątek 29 sierpnia – dzień startu. Pogoda piękna – z balkonu z podziwem i respektem spoglądamy na Mont Blanc.

 

Pakujemy do plecaków wymagany ekwipunek – jak by nie kombinował plecak jest pełen i nic nie można zostawić, bo w razie kontroli kara z dyskwalifikacją włącznie. Trudno, trzeba będzie to nieść. Wyglądamy jak żółwie Ninja. Smarujemy nogi maściami, oklejamy je specjalnymi plastrami – mają nas przenieść przez 168km i 9600m pod górę. Próbujemy jeszcze się zdrzemnąć, ale słabo to wychodzi. Ostatni szybki posiłek przed zawodami i jedziemy na start.

Pogoda psuje się z minuty na minutę, ale jest dość ciepło. Docieramy w pobliże linii startu i wciskamy się w tłum 2500 wariatów zamierzających się skatować w jednym z najtrudniejszych biegów górskich.  Zaczyna padać. Ryzykuję i nie wyciągam kurtki. Za parę minut tak będę mokry a w tłumie można się trochę skryć.

 

 

17:30 - Start. Z głośników leci „Conquest of paradise” – utwór będący swego rodzaju hymnem tego festiwalu biegowego. Ciarki na plecach – czuję, że to początek jednej z przygód życia. Adrenalina sprawia, ze 2500 biegaczy zaczyna lecieć jakby to był bieg na 5km a nie ultramaraton z limitem 46 godzin. Tylko nie dać się ponieść emocjom, spokojnie, zdążę się zmęczyć.

Ciągle pada, biegniemy ulicami Chamonix żegnani i zagrzewani do biegu przez setki kibiców. Spotykamy Piotrka i Alberta – naszych fotoreporterów i ekipę od wszelakiego ratunku. Jeszcze nie raz spotkamy się na trasie i nie raz będą niezastąpieni. Nasza ekipa: Tomek, Kasia i ja powoli rozdzielamy się. Każde z nas ma inne tempo. I tak każdy tę trasę musi pokonać sam i większej części samotnie.

Czuję, że cieknie mi po nodze do buta – coś jest nie tak. Muszę się zatrzymać i sprawdzam plecak – pękł mi bukłak na wodę. Pozostaje mi tylko mały bidon, ale to za mało, szczególnie w dzień. Cała nadzieja w „reporterach”.

Pierwszy punkt: Les Houches, 8km. Mam zapas w stosunku do limitu, ale odtąd będzie już pod górę i odzywa się skręcona kostka. Po drodze spotykam Kasię. Wyprzedziła mnie, gdy walczyłem z bukłakiem. Idę trochę szybciej, więc spotkanie jest krótkie.

Saint-Gervais, 21km. Punkt z jedzeniem. Okazało się, że Albert ma taki sam bukłak i mi go przywiózł. Szamotanina przy wymianie bukłaka, piję i ruszam dalej. Z „reporterami” spotkam się dopiero za 56km. W nocy deszcz ustał, ale nadal było za ciepło i duszno. Posiłek zjedzony przed startem chyba ożył i chce się wydostać na zewnątrz. Oprócz kolana i kostki jeszcze i to. Pot leje się ze mnie na podejściu; mam nadzieję, że wyżej będzie chłodniej. Mijam pierwszą „prawdziwą” górę – Croix du Bonhomme 2439m. Nawet nie bardzo wiem jak wygląda. Po drodze na następną, słyszę krzyk i biegnę w jego kierunku. Okazało się, że jeden z uczestników, Japończyk, zasnął idąc i zsunął się z drogi. Na szczęście nie było to urwisko i udało mu się uchwycić rękami brzegu drogi. Pomagamy mu wrócić na trasę. O świcie wchodzę na przełęcz Col de la Seigne (2502m) i wchodzę do Włoch. Wypogodziło się, jest rześko i przepiękny widok na dolinę i jezioro Lac Combal. Robi się coraz cieplej i muszę się zdrzemnąć żeby nie powtórzyć przygody Japończyka. Do Courmayeur (77km) docieram przed południem, jest 28°C. Na spotkanie wychodzi mi Albert. Biorę worek z rzeczami wbiegam na punkt. Boli mnie kostka i kolano, mam skurcze, więc w przebieraniu pomaga mi Piotrek. Tak naprawdę to on mnie przebiera, a nawet myje mi nogi. Potem coś do jedzenia, uzupełnienie bukłaka i w drogę. Mam 800m podejścia, upał mnie dobija. Wreszcie wyłażę na płaskowyż, gdzie jest trochę wiatru. W kolejnym punkcie, Arnuva (95km), muszę się znowu zdrzemnąć, bo później może być za zimno. Wiem, że Kasia zdążyła do Courmayeur, ale ma mało czasu. Coraz więcej rezygnujących. Wchodzę na najwyższy punkt trasy – Grand Col Ferret 2525m. Granica Szwajcarii jak granica dwu światów: słoneczne i ciepłe Włochy oraz zimna, mglista i wilgotna Szwajcaria. Zanim zbiegnę do doliny będzie już noc. Coraz bardziej dokucza mi kolano. Mieszczę się w limitach czasowych, lecz szału nie ma. Dostaję wiadomość, że Kasię w Arnuvie pokonała odnowiona kontuzja kolana. Pojawiają się bardzo, bardzo dziwne myśli…. O świcie docieram do Trient (139km). Nawet nie zauważyłem góry (Bovine), która 2 lata temu dała mi nieźle w kość. Wypracowałem zapas czasu – powinno udać się ukończyć. Poprawia mi się samopoczucie i w połowie drogi pod górę czuję jakby gwóźdź wbity pod kolano. Chyba naderwałem ścięgno. Tempo spada dramatycznie, biorę ketonal i lezę. Do Vallorcine (149km) docieram 15min przed limitem. Kasia, Piotrek i Albert witają mnie jak bohatera, choć z bólu lecą mi łzy. Pomagają zdjąć spodnie, zabandażowują kolano. Jeszcze tylko kolejny ketonal,  kop w d…. i w drogę. Zostało tylko 19km. Modlę się o siły. Znowu robi się gorąco a droga ciągnie się jak z gumy. Ostatni punkt na trasie. Jeszcze tylko 9 km, mam zapas, zdążę, nawet mniej boli. Zbiegam i w pewnym momencie zauważam, że nie mam numeru startowego! Rozwiązał się sznurek i zgubiłem. O żesz…! W tył zwrot i znowu pod górę. Po kilkunastu minutach spotykam zawodnika, który niesie mój numer. Biję mu pokłony.

Na obrzeżach Chamonix znowu spotykam Kasię, Piotrka i Alberta. Biegniemy z Kasią przez miasteczko niosąc biało-czerwoną flagę. Mnóstwo kibiców. Mimo, że przecież jestem w ogonie zawodników to czuję się jak zwycięzca. Wbiegamy na metę pozdrawiani okrzykami „Vive la Pologne!”. Czas: 45h33min, dystans oficjalny 168km, wg. zegarka prawie 180km.

Adam

 

Podziękowania:

  1. Dla Zarządu EuRoPol GAZ za materialne wsparcie wyprawy.
  2. Dla chłopaków z naszego biegaczego klubu Yulo Run Team Siedlce za pomoc w organizacji tego wsparcia. 
  3. Dla Piotrka, Alberta i Kasi. Bez ich obecności, pomocy i dopingu nie dotarłbym do mety.
  4. Dla wszystkich, którzy trzymali za nas kciuki.
  5. Dla Kasi, że mimo kontuzji i zmęczenia przyjechała na trasę, bandażowała mi nogę i pomogła spełnić marzenie: razem wbiegamy na metę UTMB.

PS.

W trakcie myślałem sobie, że po co mi to było, że nigdy więcej. Teraz już tak nie myślę. Szczególnie, gdy spojrzę na bluzę z napisem: „FINISHER UTMB”. To chyba zobowiązuje?

 

A to nasze filmowe wspomnienia:

http://www.youtube.com/watch?v=Vck78TggyrQ

 

 

 

 

Wspierają nas:

 

nowakdom logosed foldruk Merkury elkom entertel real