Choć na buty zdarza się im wydać nawet więcej niż kobietom, to w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że są mięczakami. Buty to ważny element pokonywania samego siebie, przekraczania granic wytrzymałości organizmu, żeby przebiec np. 160 km. W Siedlcach mieszkają i trenują, startują na całym świecie, a ich osiągnięcia czasem trudno sobie wyobrazić.

Tomasz Niedziółka, Karol Kuźma, Zdzisław Sawicki i Juliusz Ziółkowski założyli w 2010 roku stowarzyszenie Yulo Run Team. Połączyła ich wspólna pasja, którą jest bieganie. Biegają na różnych dystansach, od jednego po 200 km. – Ultramaratony, bo tak nazywają się biegi powyżej 42 km, odbywają się w Polsce od wielu lat. Można pobiec w biegu płaskim (np. Kaliska 100) lub biegu w górach (np. Bieszczadzki Bieg Rzeźnika czy Bieg7 Dolin w Krynicy Górskiej) – wyjaśnia Tomasz Niedziółka.  Bieganie zaszczepił w kolegach Juliusz Ziółkowski w momencie powstania Akademii Maratonu w różnych miastach Polski w 2007 roku. Inicjatywa polegała na tym, że wybitni trenerzy i zawodnicy mieli przygotować amatorów do startu w maratonie warszawskim.  Efektem tej współpracy był start Karola Kuźmy i Zdzisława Sawickiego w maratonie w Warszawie. Od tamtego momentu idea biegania nabrała rozpędu, zarażając coraz więcej osób.

Nie tylko rekreacja

Choć Yulo Run Team zrzesza siedleckich amatorów biegania wszelakiego: joggingu, maratonu, średnich dystansów, to osiągnięcia, jakie mają na swoim koncie, wychodzą poza ramy rekreacji. Do maratonu potrzeba wielu tygodni systematycznych przygotowań. Codzienne, trzygodzinne treningi trzeba pogodzić z obowiązkami rodzinnymi i zawodowymi. – Zdarzało się tak, że umawialiśmy się na dłuższe bieganie na ok. 40–50 km o 4 albo 5 rano, żeby do domu wrócić jeszcze przed pobudką całej rodziny – mówi Karol Kuźma. To nie zniechęciło chętnych do wspólnego biegania, wręcz przeciwnie, dziś stowarzyszenie liczy sobie ponad 40 członków, stale podnoszących sobie poprzeczkę, stale szukających nowych wyzwań. Ktoś kiedyś powiedział, że sport amatorski kończy się wtedy, kiedy zaczyna boleć. Siedleccy biegacze nie nazywają się wyczynowcami, skłaniają się bardziej ku określeniu zaawansowany amator. – Nas też boli. Każdy, kto przebiegnie jakiś większy niż zwykle odcinek, będzie czuł ból – mówi Juliusz Ziółkowski. Trudno jednak obojętnie mówić o przebiegnięciu np. 100 km. Wtedy nie ma szansy, żeby coś nie bolało. Można więc zapytać, po co się tak męczyć? Czy 10 km dla utrzymania kondycji nie wystarczy? – To zmęczenie po 42 km daje satysfakcję, sam fakt ukończenia maratonu jest ogromną radością, że dokonało się czegoś naprawdę wielkiego. Potem podnosi się poprzeczkę, wydłuża dystanse, chce się sprawdzić swoje możliwości. Sam maraton to jest wisienka na torcie po tym długim czasie przygotowań – mówi Tomasz Niedziółka. Poprzeczka z czasem idzie coraz wyżej, dystanse rosną z roku na rok, aż dociera się do startów zwykłym śmiertelnikom trudnych do wyobrażenia – dodaje Karol Kuźma.

Dookoła Fuji

Największym wyczynem w dorobku Yulo Run Team jest start i ukończenie przez Tomasza Niedziółkę ultramaratonu UTMF w Japonii. Jako jedyny Polak przebiegł trasę 180 km dookoła wulkanu Fuji.  Ultramaratony to oddzielny rozdział biegania. – Tu chodzi przede wszystkim o wytrzymałość. Tu nie biegnie się na czas, chodzi o ukończenie. Formę do takich biegów ćwiczy się przez setki wybieganych godzin – mówi Tomasz Niedziółka. Bieganie ekstremalne to nie tylko trening. Bardzo ważne jest prawidłowe odżywianie. Biegnie się nieraz nawet 40 godzin, a wtedy trzeba zapewnić organizmowi kilkanaście tysięcy kalorii, żeby organizm funkcjonował. Kolejny równie ważny element przygotowań i samego biegu to nawodnienie organizmu. Poza tym trzeba nauczyć się funkcjonowania bez snu przez dwie doby, uodpornić na warunki pogodowe. – Po kilkunastu godzinach biegu przestaje działać termoregulacja w organizmie, w czasie postoju czy jakiegoś odpoczynku człowiekowi natychmiast robi się bardzo zimno, nawet gdy temperatura otoczenia jest na poziomie 25 czy 30 stopni na plusie – tłumaczy ultramaratończyk. Do takiego biegu trzeba się przygotować wszechstronnie – od kondycji po ubrania.  – Każdy wcześniejszy bieg jest szkołą, kolejnym doświadczeniem na przyszłość. Jeśli czegoś się nie dopatrzy w czasie przygotowań, na pewno będzie się o tym pamiętało później – podsumowuje Karol Kuźma.

W takim bieganiu chodzi o sprawdzenie samego siebie, przekroczenie kolejnej granicy, pobicie życiowego rekordu – mówią zgodnie siedleccy biegacze. – W pewnym momencie maraton nie stanowi już problemu, najpierw jest start w ultramaratonie, potem w ultramaratonie w górach i tak dalej, podnosi się coraz wyżej tę poprzeczkę – mówi Tomasz Niedziółka. – Fajne w YULO jest to, że wytyczane cele często wybieramy w kilka osób, co daje możliwość wspólnych przygotowań, treningów, a w grupie raźniej przemierzać długie wybiegania – dodaje Zdzisław Sawicki.

Bez końca

Niemal w każdej dziedzinie życia funkcjonuje maksyma, że w miarę jedzenia apetyt rośnie. Podobnie jest u biegaczy. Na świecie organizowane są już biegi po pustyni, które trwają 7 dni, biega się po Himalajach. Jeśli komuś ultramaraton  nie wystarcza, może wystartować w podwójnym, potem w potrójnym ultramaratonie. A jeśli bieganie to za mało, na chętnych czeka triathlon, czyli i bieganie, i jazda na rowerze, i pływanie. Bardzo ciężko jest wytrenować organizm w trzech wykluczających się dyscyplinach. Również w tej dyscyplinie są poziomy trudności. Począwszy od najpopularniejszego dystansu ¼ Iron Mana ( 950 m pływania, 45 km na rowerze i 10.55 km biegu) po najtrudniejszy,  nazywany Iron Man (pływanie 3800 m, rower 180 km, 42.195 km biegu).

Coraz więcej biegaczy

Zauważalny jest systematyczny i dynamiczny wzrost liczby biegaczy. Już czymś normalnym jest widok biegających rano czy po południu. Biegają nie tylko mieszkańcy dużych miast, ale też mniejszych miejscowości. Coraz większa świadomość zdrowego stylu życia i jedna z niewielu pozytywnych mód przyczyniają się do tego, że społeczeństwo chce żyć zdrowo. A dzięki takim zapaleńcom jak członkowie Yulo Run Team coraz więcej osób przełamuje swoje bariery i zaczyna biegać.

Pisząc o wyczynach siedleckich biegaczy, nie można nie wspomnieć o wybitnym siedleckim maratończyku, który na swoim koncie ma m.in. wszystkie maratony warszawskie, mowa o panu Michale Strzałkowskim. Jego przykład i wkład w bieganie siedlczan jest także bardzo istotny. W tym miejscu warto wspomnieć, że siedlczanie od niedawna mają okazję brać udział w imprezie biegowej Bieg Jacka. Może warto rozważyć przebiegnięcie choć 5-kilometrowej pętli?

źródło: http://www.prestizmagazynlokalny.pl/

 

Marek Mitrofaniuk 4. na 10 km w Serocku.

4 maja w Serocku odbył się II Bieg Wojciechowy. Był to nieduży, wręcz kameralny bieg, który ukończyło 195 osób. Start i meta znajdowała się na rynku głównym w Serocku. Trasa posiadała atest PZLA i składała się
z jednej dość płaskiej pętli.

Organizatorzy muszą się jeszcze jednak nauczyć organizować bieg, aby uniknąć podobnych błędów w przyszłości. Po pierwsze, start biegu był opóźniony o 10 min, bo straż miejska która miała prowadzić zawodników postanowiła chyba w ostatniej chwili zrobić sobie objazd trasy, przez co spóźniła się o 10 minut na linię startu. Wszyscy zawodnicy stali więc na linii startu od 11:55 do 12:10 czekając z niecierpliwością na początek biegu.

Jak już przyjechała straż, to ustawiła się kilkaset metrów dalej, i pierwszy odcinek musieliśmy pobiec sami, a nikt nie miał pewności którędy prowadzi trasa. Po ok. 300 m od startu wbiegliśmy na barierkę stojącą w poprzek drogi, którą jednak dało się jakoś ominąć bokiem. Ciekawe jakby się to skończyło, gdyby straż miejska prowadziła nas od
samego początku? Ciekawe też jak poradzili z nią sobie pozostali zawodnicy, biegnący w dużej grupie...

Czołówka zawodników chyba nie miała ochoty na bicie rekordów życiowych, przez co pierwszy kilometr przebiegliśmy trochę wolniej niż w 3:30. A że ja byłem jedynym, któremu zależało na wyniku poniżej 35 min, to już na 2 km postanowiłem przyspieszyć. Przez następne 8 km biegłem na prowadzeniu osłaniając od wiatru pozostałą trójkę zawodników. Z jednej strony fajnie było biec jako pierwszy i przed sobą widzieć tylko prowadzący samochód, ale miało to też negatywne skutki. Na 10 km pozostała trójka przyspieszyła a ja, pomimo tego, że ostatni kilometr przebiegłem w 3:19, nie miałem siły aby ich dogonić, przez co bieg ukończyłem na 4. miejscu i 1. w kat. wiekowej M30.

Przynajmniej jestem zadowolony z życiówki poprawionej o 25 s.

Tylko dwóch zawodników Yulo Run Team Siedlce nie przestraszyło się deszczowej i wietrznej pogody i wystartowało w XXIV Biegu Konstytucji 3 Maja w Warszawie.

Piotrek Mierzejewski, ten nietypowy i wyjątkowo krótki dla siebie dystans 5 km ukończył z czasem 16:43, poprawiając swój rekord życiowy o 7 s. Zajął 5. miejsce open i oczywiście nie miał sobie równych w swojej kategorii wiekowej, kolejny raz wygrywając w M40.

Drugi z naszych zawodników, Paweł Czyżkowski ukończył bieg na 48. miejscu z czasem 18:41, także ustanawiając swój rekord życiowy.

KIERAT 2014 –druga strona medalu

Gdy zakończył się jubileuszowy X MEMP KIERAT 2013 wiedziałam, że na następny przyjadę. Czekałam cały rok, zaplanowałam w 2014 majowy wypad do Limanowej, zamówiłam pogodę, zapłaciłam i ………………………. i się zepsułam. Na 2 tygodnie przed startem, po dwóch dniach gorączki (ponad 40 stopni) z okropnymi bólami mięśni trafiłam do szpitala. I tam po wszelakich badaniach technicznych lekarz postawił diagnozę: „……. zapalenie płuc i grypa……..”. Nie , nie panie doktorze to niemożliwe, to nie moje wyniki, poza tym w XXI wieku nie choruje się na zapalenie płuc, a w każdym razie nie ja. Jestem przecież chorobo-odporna!!! Poza tym nie mam zbytnio czasu na chorobę, bo za 2 tygodnie mam start w Ultramaratonie KIERAT. A tam muszę być na 100%!!!  Łzy płynęły po polikach jak wielkie grochy. „…….. co się pani stało? O co chodzi….., źle się pani poczuła?...” 

TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK stało się, postawił pan złą diagnozę Panie doktorku!!! musi się jeszcze pan, młody lekarzu doszkolić!!!! –(na szczęście powiedziałam to tylko w myślach)

Niestety, te myśli były równie chore jak cała reszta mojego ciała. Traciłam siły coraz bardziej, słaniałam się na nogach. Zaaplikowano mi dwa antybiotyki –koszmar. Leżałam jeszcze przez dwa dni z wysoką gorączką. Gdyż odzyskałam jakikolwiek tok myślenia szukałam pocieszenia. Oczywiście mąż, dzieci i znajomi stanęli na wysokości zadania. Napisałam do Sędziego Głównego KIERAT-a  o mojej rezygnacji, a tu niespodzianka. Andrzej zaprosił mnie do składu sędziowskiego. Ależ się ucieszyłam, w sekundzie byłam już zdrowa (tak mi się wydawało) J J W tym całym moim niepowodzeniu musiałam poszukać pozytywnych stron – JADĘ!!!

  • nareszcie zobaczę to od tej drugiej strony;
  • zobaczę tych najszybszych;
  • zobaczę czy ktokolwiek jest zmęczony na trasie, czy zawsze to ja taka zdechlinka jestem;
  • zobaczę niemalże wszystkich uczestników na trasie, Yuuuuuuuuhahaha łuuuu J

Dostałam przydział do najfajniejszego team-u sędziowskiego: Karol – siedmioletni, fantastyczny, zadowolony dzieciak dawał wiele radości; Asia i Mariusz – wspaniali rodzice Karola, no i ja –Kaśka, schorowana, słaba, wypruta dziołcha. Tak, to my PK-8 J J Punkt bez wody z wodą. Każdy kto do nas dotarł wie o co chodzi.

Jako skład sędziowski na PK8 dotarliśmy ok.20ej w piątek. Ok. 21ej dostajemy telefon od SG –„…pierwszy zawodnik zaliczył PK3 (23km) w czasie 2h13min…”. Po naszych wyliczankach, przeliczankach czasu najszybszego zawodnika jesteśmy pewni, że przybędzie On do nas przed północą. Choć nasz PK czynny od godziny 00:00, my stajemy na straży i oczekujemy na Niego już od 23ej. Oglądamy i liczymy gwiazdy, wróżymy sobie z fusów po kawie i herbacie, gramy w łapki i pchełki, doglądamy ogniska  i czekamy….., czekamy…… . Czekamy nadal. Minęła północ i nic. Minęła 00:30 i nic. Minęła 00:50 i nic. Niemożliwe, coś musiało się wydarzyć, martwimy się o pierwszego i całą resztę zawodników. Denerwujemy się i dzwonimy na PK7. Niestety u nich również jeszcze nie było pierwszego. Chodzimy nerwowo po ogrodzie przed naszą bacówkową willą. Może oni dostali inne mapy…. :/:/ ?? Czekamy. Godz. 01:03 dzwonimy na PK7 – słyszymy: „…… właśnie wybiegł 2 min. temu, nr 109….”  Ufffffffff, kamień z serca, znalazł się. Znowu nasze wyliczanki, przeliczanki kiedy 109 do nas dotrze. Wszyscy na straży, każdy chce zobaczyć pierwszego i tego drugiego, który zapewne ma zamiar dogonić pierwszego. Jakież to emocje J No i jest, godz. 2:31…………..zbliżające się światełko, ciemna postać. Słyszymy tylko: „sto dziewięć” i sygnał stacji pi-pi, pi-pi……….. i poleciał. No…………… fajnie było zobaczyć zarys człowieka w czarnym, który lata po nocy. Następny człowiek w czarnym leci i zbliża się do nas. Tak – to nasz. Ma 12 min straty do pierwszego. Jakaż moja radość była wielka, gdy się okazało, że to Maciek W. Cudownie!!!  Zamienił z nami kilka sympatycznych zdań – i ogień, pooooleeciał. Czekamy na kolejnego – jest. 8 min straty do drugiego. Ależ emocje, czekamy na następnych. Są kolejni, grupka czterech twardzieli. I znowu  moja radocha –to Konrad i Kamil z kumplami. Faceci w czerni popikali nam na stacji, spisaliśmy numery i poszli…. w las.

O 4:24 przybyła najliczniejsza, zwarta, zaprzyjaźniona między sobą, sympatyczna grupa przyjaciół. Wśród nich mój kolega Jarek – to kolejna porcja endorfin. Cieszę się jak małe dziecko, że Go widzę.

Na PK8 docierają kolejni zawodnicy, rozmowni, uśmiechnięci. Opowiadają o jakichś wiatrołomach, stromym podejściu……, „…było ciężko..” –mówili.

Kierownik naszego sędziowskiego team-u dbał o nas bardzo. Oto kiełbaska z grilla z rana jak śmietana J Potem jeszcze gorący barszczyk. Pełna profeska.

fot. K.Skolimowska

No i doczekałam się –yuuuhahaaaaa. Mój mężulko z kolegami z naszej siedleckiej metropolii dotarli również kilka minut po 7ej na PK8 J J

Przybywają kolejni zawodnicy, i następni…………………………………………. I było Was wielu. Na nasz PK8 dotarło łącznie 484 zawodniczek i zawodników. Niesamowicie miło było Was widzieć i gościć. Przygotowaliśmy specjalnie dla Was salon z zielonym dywanem, z leżakami w cieniu i na słoneczku? A woda –niespodzianka smakowała chyba każdemu –kierownik sam osobiście wtargał ją dla Was na swoim grzbiecie na tę górę

fot. K.Skolimowska

Po zasłużonym odpoczynku zadowoleni ruszaliście w dalszą drogę:

fot. K.Skolimowska

Tak jak obiecałam. Wniosek do Najwyższego złożyłam: w następnym roku mają być na PK po półmetku: prysznice, masaże i gulasz. Tylko wtedy na pewno nie ukończycie Kierat-a. Dopiero będziecie zawiedzeni J Więc zastanówcie się czy warto

 fot. K.Skolimowska

 

Nie zanudzając:

  • Maciek W –miło, że znalazłeś czas i z nami chwilkę pogadałeś na PK J Cieszę się bardzo z Twojej wygranej i GRATULUJĘ;
  • Kamil K i Konrad C–jesteście MOCARZE!!!!
  • Jarek O – wielka radość, że mogłam Cię widzieć na PK8;
  • Witek N – jestem zszokowana (mile oczywiście) Twoją wspaniałą formą;
  • Sabinko J –to była bardzo dobra decyzja, że zrezygnowałaś na naszym PK. Pogłębić poważną kontuzję to byłaby głupota. KIERAT-ów przed Tobą wiele. Jesteś super J ;
  • Czwórka wesołych żołnierzy – nigdy nie mów NIGDY, jeszcze tu wrócicie J ;
  • Michał – cieszę się, że przekonałam Cię do dalszej wędrówki. Bomble  - kalafiory się wyleczą a Ty ukończyłeś KIERAT-a. Gratuluję;
  • Magda Horova –jesteś niesamowita, niezniszczalna. Życzyłabym sobie takiej kondycji i siły jaką Ty masz.  Nareszcie zobaczyłam Cię na trasie J
  • Joasia P – Asia przybiegła na nasz PK jako 5 kobitka. Widać, że była zdenerwowana. Okazało się, że zostawiła swojego partnera tej doli i niedoli na trasie. Bardzo się o Niego martwiła J Chciała na Niego czekać, więc niestety jako sędziowie zmuszeni byliśmy zastosować środek przemocy i batem posmagaliśmy Ją po piętach i łydkach J -wygnaliśmy Ją. Miała tylko 12 min. straty do Magdy H. Asia zajęła 3 m-ce kobiece, ale dla mnie wygrała !!! –biegła i nawigowała sama !!!!!!! Aśka –JESTEŚ WIELKA J
  • Janusz, Zbyszek, Krzysiek, Mateusz, Łukasz, Magda – ludzie o WIELKICH sercach. To dzięki Nim możemy pomóc Kasieńce - dwu i pół letniej dziewczynce bardzo poważnie chorej. Od Nich wiemy, że możemy być jeszcze lepszymi ludźmi – pomóżmy proszę Kasi. Zamiast żelu na następny ultra – proszę wpłaćcie na wózek dla Kasi. Pomóżmy Jej J J J Już Wam teraz DZIĘKUJĘ za wpłaty. Bo wszystkie Kaśki to fajne dziewczyny J http://kasiakuzma.pl/

 fot. K.Skolimowska

  • Adaśko –mój ukochany i siedleckie chłopaki Marcin, Michał i Sebastian  -największa radość kiedy Ich zobaczyłam wbiegających rześkim truchtem na PK8 . Oni chyba też się cieszyli. Siedzieli u nas ponad 15 min. –no i też musiałam zastosować baty po łydkach i piętach, bo siedzieliby i siedzieli J Dla Marcina i Michała to nie pierwszy ultra, ale pierwszy ultra na orientację – i od razu wciągnięty dziurką od nosa - zaliczony. GRATKI chłopaki – Yulaki

 fot. K.Skolimowska

  • Marzenka i Leszek – Wasz widok na Gorcu to prawdziwa wisienka na torcie. Tylko tak wspomnę, że Oni 3 tygodnie wcześniej zrobili jakiś ultra w Hiszpani na ponad 600 km. KIERAT-a również ukończyli J

Mogłabym jeszcze pisać i pisać, o każdym z Was. Tylko wtedy wyszłoby ze 100 stron –ciut przydługo. Dlatego wszystkim Wam gratuluję. Tym którzy ukończyli, tym którzy zrobili swoje rekordy, poprawili w jakikolwiek sposób wyniki, pokonali odcinek specjalny czyli cyt: „… bieg przez kłodki” i tym, którzy walczyli np. z kontuzjami i innymi przeciwnościami losu.

Poznałam drugą stronę medalu –robotę organizatorów  J J Do zobaczenia za rok. Będę obstawiała czołówkę, oczywiście tę z tyłu peletonu J

Kaśka S

 

P.S. Poniżej link do fotek. Tak wiem, że to typowe portretówki. Ale starałam się jak mogłam, jak Matka Polka

https://plus.google.com/photos/105442009591744855048/albums/6018775920226751761

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy w poniedziałek rano dowiedziałem się, że „szalony” ulramaratończyk z Pruski Wielkiej koło Augustowa, Piotr KURYŁO, przybędzie za dwa dni do Łosic, to wiedziałem tylko jedno – nie mogę się z nim nie spotkać! Nie może na trasie jego kolejnego ekstremalnego wyczynu zabrakną biegaczy z Yulo!
Szybkie info na Endo, później e-mail do wszystkich członków i proszę! W czwartek rano w liczbie pięciu osób zjawiliśmy się przy kościele p.w. Św. Zygmunta w Łosicach, aby towarzyszyć sympatycznemu biegaczowi z Podlasia w jego trudzie. Kasia Skolimowska, Michał Michaluk, Krzysztof Sikorski, Tomek Wakuła i ja! Gotowi do rozpoczęcia fascynującej – jak mniemaliśmy – przygody. Miłe powitanie, szybkie zapoznanie, pamiątkowe foty i … do roboty!
Tego dnia, tj. 20 marca Piotr, który pięć dni wcześniej wybiegł ze Studziennicznej i zamierza dobiec do Rzymu na kanonizację „Największego z Rodu Polaków” - bł. Jana Pawła II (27 kwietnia), zaplanował 63km. Łosice – Mostów – Międzyrzec Podlaski – Radzyń Podlaski – Borki. Oto i nasze wyzwanie! Tylko, że my nie ciągnęliśmy za sobą ponad 70cio kilogramowego wózka, jak on.

Po krótkiej modlitwie i dwustu metrowej przebieżce rozpoczęliśmy wspólne biegowe pielgrzymowanie. Na początku spokojne „obwąchiwanie”, jakby to powiedzieli miłośnicy czworonogów. Z czasem coraz śmielej i więcej wspólnych pytań, rozmów, śmiechu i … „zdrowasiek” odmawianych w biegu, bo to przecież pielgrzymka. Kilometry szybko mijały, a my wciąż w dobrej formie. Okazało się też, że biegnie z nami Sylwek Jaciuk, który tydzień temu na Halowych Mistrzostwach Świata Federacji INAS-FID (federacja sportowców  z upośledzeniem intelektualnym) w Lekkiej Atletyce w Remis we Francji zdobył srebrny medal w biegu na 800m (1’57’’) i złoty w sztafecie 4x200m!

Nasza trasa wiodła krajową 19-tką. To raczej nie najszczęśliwszy pomysł, bo ruch drogowy duży, ale to najkrótsza droga do celu. Zdecydowana większość kierowców z ogromną cierpliwością i wyrozumiałością odnosiła się do nas, pozdrawiając przy tym życzliwie i podziwiając, Piotra nade wszystko ma się rozumieć.

Podczas biegu Piotr dużo wspominał też o swoich dotychczasowych wyczynach. Jak to po trzydziestce odkrył radość i potrzebę biegania. Jak w 2007 roku przebiegł Polskę wszerz (z Terespola do Frankfurtu nad Odrą) i wzdłuż (z Jastrzębiej Góry do Zakopanego). Jak nikomu nieznany „ultras” z Polski do ostatnich kilometrów walczył ze Scottem Jurkiem o zwycięstwo w Spartathlonie (246km) i zajął ostatecznie miejsce drugie (nie mając przy tym własnej ekipy wspierającej, a mając zaś po 190km potężne problemy żołądkowe). Warto też wspomnieć, że na te zawody pobiegł! Wyruszył z Augustowa i samotnie w ciągu 42 dni  pokonał ponad 4000 km przybywając do Aten! Opowiadał, jak chyba swoją skromnością i prostotą ujął nawet mera Sparty, a jej patriarcha przekazał mu dar od wspólnoty prawosławnej za chrześcijańskie świadectwo – publiczne wyznanie wiary w Jezusa Chrystusa na mecie przy pomniku Leonidasa, starożytnego króla Sparty.

„Biegacz z żelaza” opowiadał, jak niespełna rok później w ciągu 53 dni przebiegł, „ciągnąc za sobą mieszkalny wózek”, z Fatimy w Portugalii (15.03.2008) przez Lourdes i Częstochowę do Studzienicznej, bo o wodę z tych uświęconych miejsc prosili go chorzy. Kiedy zaś wrócił wyjaśnił: „Mam wodę ze źródeł w Fatimie i Lourdes, miejsc słynących cudami, teraz tylko od chorych i cierpiących będzie zależało, czy im pomoże, bo sama woda nic nie zdziała bez silnej wiary”. Na potwierdzenie przywołuje świadectwo swojego kolegi - również biegacza, który miał raka stopy. Żaden lekarz nie chciał podjąć się bardzo niebezpiecznej operacji, groziła mu amputacja. Dziś biegają na treningu nieraz razem…

Barwnie opisuje, jak zwykły murarz zadziwił świat, gdy jako pierwszy człowiek przebiegł ziemię dookoła. Wcześniej zdecydował i obiecał żonie, że to będzie jego ostatni bieg - „Bieg dla pokoju”. Odwiedzał miejsca którymi wstrząsały zamachy terrorystyczne, mając nadzieję że zwróci uwagę światowych przywódców na cierpienie zwykłych ludzi w konfliktach zbrojnych. Wystartował 7 sierpnia 2010 roku z rynku Zygmunta Augusta w Augustowie i biegnąc na zachód przebiegł Polskę, Niemcy, część Holandii, Belgię, Francję, Hiszpanię i Portugalię. Z Lizbony przeleciał samolotem do Nowego Jorku, skąd biegiem ruszył na zachód. Pokonawszy 13 stanów dotarł do San Francisco. Dalej przeleciał samolotem przez Pekin do Władywostoku. Przebiegł Syberię, część Kazachstanu resztę Rosji na koniec Łotwę i Litwę meldując się w rodzinnych stronach 6 sierpnia roku 2011. Przemierzył 20 tysięcy kilometrów, a całą wyprawę opisał w książce „Ostatni maraton”.  Za ten wyczyn został uhonorowany w 2012 roku tzw. Kolosem (najbardziej prestiżową polską nagrodą podróżniczo-eksploracyjną) w kategorii „Wyczyn Roku”, otrzymując przy tym również nagrodę publiczności i dziennikarzy. Swoją prezentację rozpoczął wówczas słowami: „Zdobywamy ośmiotysięczniki, wędrujemy na bieguny, schodzimy do najgłębszych jaskiń, przemierzamy tysiące kilometrów na rowerze czy biegając, ale czy wracając z tych wypraw potrafimy podziękować Opatrzności Bożej, że szczęśliwie wróciliśmy do naszych domów i rodzin?”

Po roku bez aktywności sportowej „dobrotliwa żona zlitowała się” jednak nad Piotrem i zezwoliła, by realizował dalej swoje pasje. Postanowił więc, że tym razem zwróci uwagę na problemy osób niepełnosprawnych. I tak dnia 7 października 2012 roku wystartował kajakiem z Gdańska po Wiśle w górę rzeki, aż do jej źródeł, z hasłem wymyślonym przez swojego kolegę Adama „Zawsze pod prąd”, „Gdyż osoby niepełnosprawne często tak właśnie się czują” - mówi.
Z sentymentem opisuje Piotr swoją ubiegłoroczna wyprawę - rowerowy maraton pokoju. Podróż rozpoczął w Lizbonie, a zakończył po niemal 4 miesiącach i pokonaniu 15 tys. km we Władywostoku.

Polski Forrest Gump teraz biegnie do Watykanu. I my z nim! To bardzo ciekawa przygoda. I na pewno na długo pozostanie w naszej Yulowej pamięci. Żal było się rozstawać, ale po 30km w Międzyrzecu wielu musiało wrócić do swoich zajęć i obowiązków. Ja zaś mogłem jeszcze towarzyszyć Piotrowi. Zaopatrzony w kanapki i „ful wypas” jedzonko (dzięki Kasiu!) pobiegłem dalej. Biegacze się zmieniali po krótszym czy dłuższym dystansie, a ja wciąż obok Piotra, który patrząc w moją stronę uśmiechał się i powtarzał: „Podziwiam. Ale jak ja mówię, to naprawdę podziwiam”. Był więc i Radzyń i Borki (miejsce noclegu), a dnia następnego jeszcze Kock i Dęblin. Wspólnie prawie 120km pięknej biegowej przygody i wspólnej modlitwy. Kiedy piszę te słowa Piotr biegnie już przez Słowację oddając hołd bł. Janowi Pawłowi II i niosąc wszystkie intencje, które ciągle ludzie mu powierzają m.in. śląc smsy. Teraz już biegnie sam.
Na co dzień Piotr jest zwykłym człowiekiem, mieszkającym w małej miejscowości. Pracuje jak mówi „w akordzie” w małej firmie budowlanej z bratem. Ma też swoje, ludzkie problemy – utrzymanie rodziny, wychowanie córek, trud pracy na roli. Swego czasu borykał się z problemem alkoholowym, który pokonał po odbyciu pielgrzymki rowerowej do Częstochowy w tej intencji. Wierną towarzyszką wspomnianej wyprawy była jego żona. Razem wytrwale się do niej przygotowywali i razem ukończyli ją w ciągu 5 dni pokonując ponad 500km.

Dziś Piotr Kuryło ma za sobą ponad 60 oficjalnych maratonów i ponad 20 biegów ultra. Krótszych dystansów nie liczy na razie. Mówi, że „może na emeryturze zrobi podsumowanie” i ciągle się uśmiecha. Kiedy w Międzyrzecu Podlaskim podczas przerwy obiadowej zapytaliśmy go, skąd w nim tyle radości, tyle siły, odpowiedział krótko „Z wiary. Człowiek wierzący musi być radosny!” A kiedy zapytałem, o czym myśli podczas długich godzin biegu, usłyszałem „Podziwiam krajobrazy i odmawiam różaniec”.

Właśnie wysłałem mu smsa o treści: „Podziwiam i pamiętam w modlitwie”.  Odpisał jak zwykle, krótko i na temat „Dziękuję” i uśmieszek.
No cóż, po trzydziestce dopiero życie (biegacza) się zaczyna - jak maraton po 30tym kilometrze…Marcin

PS. Piotr następnego dnia po kanonizacji z Rzymu biegnie na Węgry. Tam, 7 czerwca bierze udział w VIII Ultrabalaton 212km (bieg ultra dookoła Balatonu), aby zdobyć kwalifikację do 32. Spartathlonu (26-27.09.14).
Oczywiście do Grecji też będzie biegł z Polski. W sierpniu zatem znów się spotkamy.

Wspierają nas:

 

nowakdom logosed foldruk Merkury elkom entertel real